DZIEŃ 07

← DZIEŃ 6          DZIEŃ 8 →

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła…
może i dobrze, że pogoda zdecydowała za nas…

DZIEŃ 7

Po zjechaniu szutrami z najpiękniejszej miejscówy świata dzisiejszy dzień spędziliśmy w parku narodowym MAVROVO.

Porzuciliśmy dzisiaj nieco dwa kółka, część dnia poruszając się na własnych nogach.
Jadąc na miejsce, w okół zadziwiające i tak różnorodne krajobrazy, które dodatkowo podsycała zmienna pogoda.

DSC_4463-002_(800_x_600) DSC_4458-001_(800_x_600)DSC_4456-001_(800_x_600) DSC_4459-001_(800_x_600)

Idąc ścieżką kanionu Duf niedaleko wioski Rostusze, na samym końcu znajduje się 25-cio metrowy Wodospad Duf.  Trochę się nachodziliśmy i zmęczyliśmy, ale to był fajnie spędzony czas.

DSC_4474-001_(800_x_600)DSC_4510-001_(800_x_600) DSC_4518-001_(800_x_600)DSC_4489-001_(800_x_600) DSC_4501-001_(800_x_600)

DSC_4508-001_(800_x_600) DSC_4520-002_(800_x_600)

Zachwycający widok jeziora MAVROVO. W tym miejscu poznaliśmy bardzo kontaktowe dwie Polki – siostry, które w połowie są Serbkami i co interesujące podróżowały ze swoim bardzo wesołym kuzynem Macedończykiem. Nie mogliśmy się nagadać, tryskali humorem, dziewczyny mieszały językami, w niektórych momentach zatracając się w których w ogóle mówią… Mega pozytywne, rozgadane osóbki, które sprzedały nam kilka świetnych bałkańskich anegdotek. Szkoda, że mieliśmy tak mało czasu… wymieniliśmy się kontaktami… mam nadzieję, że gdzieś, kiedyś… uda nam się jeszcze  spotkać.
Z tego miejsca pozdrawiamy 🙂
DSC_4535-001_(800_x_600)

Ciekawym widokiem  są ruiny kościółka, który został całkowicie zalany przy tworzeniu sztucznego zbiornika, którym jest jezioro MAVROVO,  w tej chwili ze względu na niski poziom wody  kościółek jest odsłonięty i stanowi atrakcję turystyczną. Szczerze powiedziawszy robi wrażenie, jest w nim jakaś tajemnica…
DSC_4547-002_(800_x_600)

Jaskinia Szarkova Dupka, nazwa wzięła się od imienia mieszkańca wioski, który jako pierwszy odważył się splądrować jaskinię 30 lat temu. Ciekawa jestem czy jego imię to Szakova czy Dupka 😉 Niestety nie udało nam się wejść do środka, bowiem zwiedzanie tylko w zorganizowanych grupach, a nie mieliśmy czasu na poszukiwania miejsca gdzie można się coś o tych grupach dowiedzieć. Przy jaskini zero informacji, co, gdzie, jak i kiedy – jedynie mapa, której zdjęcia załączam. Temperatura w środku utrzymuje się ponoć na poziomie poniżej 12° C i faktycznie kontrast temperatur już przy samym zbliżeniu do wejścia jest ogromny, tym bardziej, przy tak upalnym dniu.
DSC_4540-001_(800_x_600) DSC_4541-001_(800_x_600)

Bardziej od zwiedzania jaskini bardziej interesowało mnie jakiekolwiek jedzonko, mój brzuch dawał mi dość głośne sygnały. W pobliżu znajdowała się lokalna knajpka. Zerknęliśmy na siebie i od razu wiedzieliśmy, że to nasz kierunek 😉

Jedzenie wizualnie było dziwne, nie wiedzieliśmy nawet co zamówiliśmy, ale przyznam było przepyszne. Aż żałuję, że nie sfotografowałam menu. Pamiętam jedynie, że każde danie podane było z żółtym serem, co wydawało mi się dziwne… był przepyszny, ale miał swój jakiś taki totalnie niepowtarzalny smak, dopiero potem wyczytałam, że w tym regionie produkowany jest lokalny ser żółty kaškaval i wszystko stało się jasne, dlaczego akurat żółty ser.

To był moment kiedy zastanawialiśmy się, czy uda nam się wjechać na Galicnik ( najstarsza wieś w regionie, ponoć warta zobaczenia) następnie przejeżdżając na drogę w stronę Debar. Wg mapy wjazd był tylko na Galicnik, potem już tylko szlak dla pieszych… hmmm… a może jednak udałoby się motocyklami, tym bardziej, iż czasowo było już krucho, chociaż chyba bardziej od czasu zjadała nas chęć znalezienia szutrowego skrótu ( na mapie jako szara linia):
galicnik mapaa_(800_x_600)

Podeszłam z mapą do stolika, gdzie siedzieli lokalni chłopi, bo kogo mam się zapytać jak nie lokalesów i jakie zdziwienie zaliczyłam gdy wszyscy byli totalnie wystraszeni i zdziwieni, krzycząc coś w swoim języku… dopiero wtedy zorientowałam się, że chyba popełniłam faux pa…  że  w knajpie siedzą sami mężczyźni, natomiast kobiety jedynie im usługiwały… z opresji wybawiła mnie młoda kelnerka z widoczną rozbawiona miną, dowiedziała się o co mi chodzi i z naszą mapą poszła na zaplecze. Z zaplecza młody chłopak podszedł do stolika lokalesów, trwały zagorzałe dyskusje, po czym podszedł do nas i wytłumaczył, że nie ma szans na przejechanie tej drogi  motocyklami. Kurcze co robimy?

Mamy do wyboru okrężną drogę  asfaltem, bądź wjazd na Galicnik i ewentualnie w przypadku faktycznie braku takiej możliwości powrót tę samą drogą + droga okrężna asfaltem. Kurcze czasowo nadwyrężeni, rezygnujemy z eksperymentu. Chociaż nie dawało nam to spokoju i przyznam szczerze nie daje do dnia dzisiejszego. Z ciekawości podjechaliśmy tam jeszcze będąc po drugiej stronie, wjechaliśmy dość stromo kombinując czy ta droga faktycznie jest nie do przejechania. Artur był  twardy postanowił podjechać, na tyle ile będzie to możliwe i nagle oberwanie chmury jakie właśnie nastąpiło podjęło decyzję za nas. Poddajemy się 🙁
W tym momencie uciekając przed deszczem przebiegał obok nas mieszkaniec pobliskiego domu, uśmiechając się i pokazując na motocykle kiwał głową, abyśmy nie wjeżdżali – no w taką pogodę to byłoby skrajnie nieodpowiedzialne….

DSC_4555-001_(800_x_600)

Deszczową aurą przemierzaliśmy drogę do OHRYD. Pomimo deszczu jechało się nawet przyjemnie. Bujając się na prawo i lewo pokonując serię zakrętów, od czasu do czasu  napotykaliśmy prawdopodobnie przez tę pogodę dość duże osuwiska skał, ale to nic… najbardziej widowiskowe i niebezpieczne było gdy Artur zaliczył awaryjne hamowanie zakończone wkręconą w motocykl  sporą gałęzią, leżącą na środku drogi zaraz po wyjściu z zakrętu. Aż żałuję, że 3 min. przed tym wyłączyłam kamerę – to byłoby niezłe, pełne dramaturgii ujęcie… ale takich niesfilmowanych ujęć pełnych grozy  jak się potem okazało nazbierało się całkiem sporo… ach…

 

W OHRID wpadliśmy do informacji turystycznej, bowiem nie byliśmy zorientowani co i jak, a nocą planowaliśmy wyjść na miasto, więc camping na miejscu był wskazany.

Pani pokazała nam na mapie 2 campingi w mieście, ale od razu wskazywała nam także campingi za OHRID. Już wiemy dlaczego  ->  oba campingi w OHRID fatalne, brudne i okrutnie śmierdzące, a zaznaczam – nie jesteśmy specjalnie wymagający. W jednym z nich „Partizant” czy coś takiego  jak sama nazwa wskazuje totalna partyzantka, łącznie z tym, że gdy podjechaliśmy zerknąć co i jak, praktycznie siłą zaczęli mnie wciągać na plac…  nosz cholera – Artur spadamy stąd.  Pomimo pogody i dzisiejszego już zmęczenia pojechaliśmy dalej za OHRID w poszukiwaniu campingu.

Stanęliśmy na campingu 10 km od OHRYD na południe. Camping GRADISTE. W strugach deszczu rozkładamy namiot. Wieje bardzo silny wiatr, fale jeziora głośno uderzają o brzeg. Mam wrażenie jakbym była nad naszym Bałtykiem. Dziwne.

Co ciekawe następnego dnia totalne słońce i totalna tafla wody. Brak jakiegokolwiek ruchu wody, o fali nie wspominając.

Camping kosztował nas 760 DINARÓW ≈ 14 EUR.  Miejsce nie takie złe, ale sanitariaty odstraszały. W damskiej toalecie jakiejś kobiecie wpadło dziecko do kibla  -> krzyczała ona, krzyczało dziecko, które dodatkowo wymiotowało, matka i kilka osób z odruchami wymiotnymi… -> przepraszam za szczegóły… na tym zakończę… ale to było takie niestandardowe….
No nic – mi w tym momencie wystarczał kawałek prysznica.

O poranku nasz camping rozkładany w deszczu wyglądał tak – funkcjonalność ponad wszystko:DSC_4577-001_(800_x_600)

← DZIEŃ 6          DZIEŃ 8 →

1 Comment

  1. No fajnie, a mówią że kibel na „narciarza” jest bardzo higieniczny, czy jakoś tak…….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2019 MotoBlond

Theme by Anders NorenUp ↑