DZIEŃ 12

← DZIEŃ 10-11          DZIEŃ 13 →

Wczorajsze dyskusje na temat dalszej trasy, nie były łatwe.
Artur jest nieugięty / jego interesuje odkrywanie nowych niekoniecznie standardowych przejazdów – każda droga mniej więcej na azymut, najlepiej w kolorze białym, bo taka w Albanii gwarantuje przygody i emocje.

Tu jednak każdy liczy siły na zamiary. Trwają negocjacje – w końcu dwa z motocykli mamy z dwuosobową obsadą.
Nie muszę też chyba przypominać, że Karson nie ma ładowania, alternator nie żyje, a elektrownia z MATIZA w kufrze ma swoje ograniczone zasięgi…  natomiast jest druga strona medalu… akumulator z BMW stanowi pewnego rodzaju marchewkę… 😉

Optymalne rozwiązanie było nie do wypracowania. Ostatecznie:

Robert z Martusią jadą asfaltami przez Grecję i spotykamy się nad jeziorem Ohrydzkim.

Artek, Dziun, Karson z Basią i Ja bierzemy na klatę wizję Artura. Raz się żyje, zresztą nie ma co ukrywać TO NAS KRĘCI 😉

Skoro tak…. to  SHOW MUST GO ON  😉

 
Z chwilą kiedy zjeżdżamy  z głównej drogi w Borshe obierając kierunek Kuç, zaczynamy zabawę.

Jedyne co wówczas miałam w głowie widząc pierwsze podjazdy  z doświadczenia poprzednich dni to postanowienie, aby skupić się na OSZCZĘDZANIU ENERGII…
Założyłam sobie, że będziemy tak jechać przez caaaały dzień… i chyba najlepiej na dzień dobry zakładać najtrudniejsze i stawiać na wytrzymałość.

Czyli:  mało gadania ( dla Artura był to SZOK – cały czas się pytał, czy na pewno wszystko ze mną w porządku… 😉 ), mało spinania ( tam gdzie nie muszę – muszę dać mięśniom luz), energię poświęcać na trudne odcinki.

I wiecie co…. z tym luzem i założeniem, że najgorsze jeszcze wciąż przede mną jechało mi się jak nigdy dotąd.

Nawet podjazdy, których widok dotąd włączał stres i spięcie – nagle przestały być problemem.
Boże jak wiele zależy od tego co mamy w głowie ! 

Pominę kwestie widokowe, bo w tym temacie góry + Albania to rozkosz dla oczu i to jest tryb CONSTANS, tak  nie mogę pominąć faktu, że wjechaliśmy nagle do totalnego PIEKŁA
temperatura osiągnęła z 40°C – nawet nie wiem dokładnie, nie mniej jednak sprzęty nagrywające groziły trwałym uszkodzeniem, w przypadku ich niewyłączenia, do tego kawał wysiłku i  chociaż dojazd do Kuç to chyba niecałe 30 km, ale dał nam ten odcinek w dupę, a w zasadzie jego kilka kilometrów 😉

Wyobraźcie sobie tylko, że jedziecie już tak przez jakiś czas, w 40°C + np. tak jak Karson z pasażerem w bonusie 😉
Takie momenty się wspomina najbardziej – maleńki zarys tego co się działo  😉

I tu chciałabym wrócić do posiadania wszystkiego przez Basię i Karsona – bo są oni przygotowani dosłownie na wszystko, z czego nie ukrywam – korzystamy wszyscy: krzesełka, stolik, płachta na masztach, papierowe talerze, gumowe rękawiczki, narzędzia do szycia ( bez maszyny 😉 ), „aptekę”… mieć Basię pod ręką to sprawa idealna 🙂

Są jednak momenty kiedy to wszystko już wcale nie jest takie potrzebne… 😉

ale… pozbyliśmy się Karsonowych kufrów, bo nadarza się taka okazja 🙂

Za nami  starym fiatem ULYSSE, już z urwanym tłumikiem  jechała parka – Austriaczka z Serbem. Auto typu dom na kółkach – gdzie się zatrzymamy tam śpimy. Z tyłu zamiast siedzeń łóżko, a pod łóżkiem skrzynki z ekologicznym jedzeniem, łącznie z roślinkami, rosnącymi w doniczce 🙂
Absolutnie nie przeszkadzało im, że miejscami walczymy – jak się okazało cieszyli się, że na tej drodze też mają towarzystwo – bo im też łatwo nie było.

Postanawiamy chwilę odpocząć, także kufry Karsona jadą dalej i umawiamy się  z naszymi współtowarzyszami z przypadku, że zostawią je nam w najbliższym barze w wiosce. 

Odrobina cienia, która była wówczas na wagę złota, siły ogarnięte – także jedziemy dalej.

Dojeżdżamy do Kuç i tak się złożyło, że  nasi nowi znajomi z Karsonowymi bagażami postanowili poczekać na nas w pierwszym i chyba jedynym barze, także mieliśmy jeszcze okazję pogadać.  Strasznie fajnie takich pozytywnych ludzi poznawać na trasie.

I jeszcze chwila wytchnienia w Kuç ↓ I dalej w drogę.

Zastanawiamy się jak ta droga wyglądać będzie dalej, ale okazało, że dojazd do wioski, jest właśnie od strony, którą teraz mamy jechać, także przez następne 60 km cieszymy się pięknymi widokami, już bez dodatkowych większych wysiłkowych atrakcji.

Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki wjeżdżamy na nowiuteńki asfalt SH76 kierując się na Tepelena. Ooooo – czyżby nasz trasa miała teraz wyglądać tak ? Gaz w manetce i plany jak daleko zajedziemy…. a niedługo zbliża się wieczór, także zaczynamy też powoli myśleć o noclegu, ale UPS – STOP – czekajcie, czekajcie….  my mamy jechać na prawo…

Na Tepelena jedyna droga to ta w prawo… Artek zajechał na chwilę sprawdzić – początek jest OSTRY… potem nie wiadomo, a za chwilę zacznie się robić ciemno i jesteśmy wyrąbani… hmm…

Wg mapy na lewo asfaltem mamy skrót do innej drogi, niestety od lokalesów dowiadujemy się, że ten zjazd jest jedynie do SEVASTER, potem rzeka i nie ma żadnego mostu, promu → NIC. Jest jedynie łódka, która zabiera max. 4 ludzi, a rzeka chociaż wysuszona w najpłytszych miejscach dosięga do szyi… kurde… co robimy ?
Próbowałam podpytać lokalnych chłopaków, którzy zjawili się w zaskakująco dużej liczbie, o jeszcze inne rozwiązania, ale na mapie pokazywali mi jedynie słuszną „drogę” → palcem po mapie jechali po zielonej linii, która oznacza granicę;) próbując mi wmówić, że dojedziemy tylko tą drogą… nie dowierzałam… No cóż…. z geografii PAŁA 😉

Konsultacje co robimy ?  Połowa chciała na prawo, połowa niekoniecznie… 😉

Decydujemy, że zawracamy i drogami SH100 oraz SH4 jedziemy dookoła. Nie mniej jednak  ta droga na Tepelena wierci dziurę w brzuchu… 😉 No nic – będzie powód, aby wrócić Zresztą przeglądając mapę Albanii, Artur już w tej chwili ma wyjazd na 6 dni nieprzejechanymi przez nas szlakami, także spokojnie… jeszcze tu wrócimy 😉

W najbliższym mieście robimy zakupy i zaczynamy rozglądać się za miejscem na nocleg.

Kurcze… miejsce na nocleg nie za ciekawe, droga w budowie, wciąż jakieś auta i wzbudzamy zainteresowanie… dobrze było gdzieś się schować. Poszukiwania nieco trwają, tym bardziej, że chcieliśmy mieć jakikolwiek dostęp do wody, ale udaje się 🙂

Dziś będziemy spać na POLU KUKURYDZY 😉

Powoli się rozkładamy, wyciągamy bagaże… I za chwilę słyszymy bardzo soczystą wiązankę z kierunku Tigera…

Wylał się KWAS z akumulatora, umieszczonego w kufrze centralnym Karsona  
A tam razem z nim, kurtka, jakieś deszczówki i masa jedzenia.
Wszystko SZLAG TRAFIŁ – w kurce wypalona dziura, żarcie do wyrzucenia… wszystko do wyrzucenia !!!

Kufer do rzeki, płyn i szorowanie.

Do Karsona strach się było zbliżać… zanim ogarnął straty i ochłonął trochę to potrwało…

← Jemy pyszną kolację, którą przygotował dzisiaj Artur.

Waldek z Basią opowiadają mi jakiś horror o ” Dzieciach z pola kukurydzy ” – po prostu świetnie… 

Im mieli większą świadomość, że się boję, tym bardziej byli rozbawieni…
Koledzy… 😉

W końcu zasypiamy jak zabici. 

Przez moich kolegów miałam strach… wysikać się w nocy – wzięłam 2 latarki i świeciłam dookoła jak latarnia 😉

 

 

← DZIEŃ 10-11          DZIEŃ 13 →

1 Comment

  1. Dlaczego nie pojechaliście SH76 na Tepelene?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

© 2019 MotoBlond

Theme by Anders NorenUp ↑