DZIEŃ 5 – Ukraina

← DZIEŃ 4          DZIEŃ 6 →

Na każdym wyjeździe musi być jakiś KWAS
– ktoś twierdzi inaczej 😉 ? 

Poranki zawsze wyglądają jakoś inaczej niż wieczory, tak jakoś mniej romantycznie… 😉

Ale śniadanie jak zwykle nadrabia !

Ogólnie miejscówa znaleziona na ostatnią chwilę, po zmroku, wydeptana w krzakach, ale nie było już szans na nic innego – cieszyliśmy się z tego co udało się stworzyć.

Co prawda ze stabilnością podłoża było słabo, ale nie czepiajmy się szczegółów.

I drugie podejście do patyka do zdjęć, ale naprawę nie oganiam…

wyrzuciłam go w pizdu…

Poradzimy sobie bez niego 😉

No to ruszamy ↓ 

Dziś w planie dotykamy morza Czarnego, odwiedzamy Odessę , by potem odbić już w górę na Mołdawię, ale to dopiero jutro.

I… zachwytów nad Ukrainą KONIEC. Nasz zachwyt przeszedł w dniu dzisiejszym w skrajne wkurzenie, czyli będziemy się dzisiaj kłócić i przeklinać, ale nie oszukujmy się…  na każdym wyjeździe musi być zawsze jakiś KWAS ↓

…. ale po kolei….
Dopóki jechaliśmy bocznymi drogami było cudownie do chwili kiedy bezpośrednio zaczęliśmy kierować się na Odessę.

Olbrzymi ruch, upał 31°C . Niezmiennie mnie dziś dziwiło wyprzedzanie na 3-ciego, 4-tego ( ba… 5-tego biorąc pod uwagę rowerzystę), co prawda drogi na Ukrainie są szerokie, ale oczy trzeba mieć na około głowy.

To, że masz zielone i wjeżdżasz na skrzyżowanie zupełnie nic nie znaczy  → upewnij się czy nic nie jedzie → ja mocno się zdziwiłam.

Przejazd kolejowy zamknięty? Korek z każdej strony na co najmniej 1 km ?
Podjeżdżamy do przodu → Pani Kolejowa w sensie Pani Dróżniczka pokazuje nam abyśmy przejeżdżali, podnosząc z przeciwnej strony szlaban. Cholera… ten szlaban już jakiś czas musi być zamknięty, skoro taki korek… czyli w zasadzie czas na pociąg… hmmm… ale z dozą niepewności  jedziemy.
KOSMOS biorąc pod uwagę, że z nami próbuje się przecisnąć jeszcze kilka samochodów + Pani Dróżniczka, która biega, próbując ich zatrzymać  i wszystkich opieprza 😉
W sumie to miłe z jej strony, ale obraz całej sytuacji tragikomiczny 😉

„O  wolne z lewej”  – ” ups… z prawej nie sprawdziłem” ( pomyślał sobie zapewne kierowca tira z impetem wjeżdżając na drogę).  ↓

Dziś naprawdę oczy trzeba było mieć wszędzie, a być może to po prostu  my zbyt bardzo wyluzowaliśmy się jadąc dotychczas  przez łąki i pola 😉

Odessa jako miasto nie powala na kolana → pewnym błędem było to, że przyjechaliśmy tu w środku dnia zamiast na wieczór. Wiadome jest przecież nie od dziś, że wszelkie miasta należy zwiedzać wieczorkiem, najlepiej stacjonarnie, z pysznym jedzonkiem i trunkiem, ale tak się złożyło, tym bardziej, że kusiło nas już to morze.

Weszliśmy  po tych rozsławionych na całym świecie schodach, umęczeni jak cholera. Ludzi milion, każdy robi sobie zdjęcie. Kupiliśmy sobie zimną lemoniadę, bo tylko na tyle mieliśmy gotówki i z przyjemnością sobie stamtąd  poszliśmy. Żeby nie było, też pstryknęliśmy jakąś fotkę 😉

Pomnik na szczycie schodów upamiętniający pierwszego gubernatora Odessy ks. Richelieu

Nie… ten dzień nie może się tak skończyć – jedziemy szukać fajnego noclegu, gdzieś nad morzem.

Jadąc nad Zatokęzaczynają się kwatery i pokoje, ale nie… my skusiliśmy się na camping w uroczym miejscu ↓

 

Zapłaciliśmy 130 hrywien ≈ niecałe 20 zł. ( 2 motocyle / 2 os. / 1 namiot) / w tym prysznic, toaleta jak zapewniał nas Pan na wjeździe. Radość nas przepełniała przeogromna, spotęgowana zapewne dzisiejszym niefortunnym dniem.

Rozebraliśmy ciuchy, wskoczyliśmy z pluskiem do morza, rozłożyliśmy namiot – nooo BOSKO….
Czas wyprać trochę ciuchów, jakiś prysznic i takie tam.
No właśnie… to nie mogło być jednak takie pięknie…

Prysznic owszem jest… ale… lodowata woda – żadnej innej !!!
Toaleta – nawet niewybredny Artur stwierdził, że hardcore i  w skali 1 na 10 otrzymał 10 hardkoru

Nie – coś muszę wymyślić, przecież na tym ośrodku obok plaży jest jakiś hotelik – idę podpytać. I  co prawda kosztowało mnie to 10 hrywien, ale mogłam skorzystać z prysznica i toalety.
Woda w temperaturze morza, ale to zawsze lepiej od tej lodowatej 😉

Nawet jakieś pranie udało się zrobić
 

Generalnie śmialiśmy się już z tej sytuacji, a gdy już zasiedliśmy w barze/restauracji, gdzie z głośników leciały hity z lat 80-tych, 90-tych ( żadne nowsze) + kula disco → no co mam powiedzieć… odnaleźliśmy się w tym – ubaw po pachy 😉

Co ciekawe, ciężko jest się tutaj dogadać. Jeszcze jak dnia poprzedniego dogadywaliśmy się zupełnie normalnie, tak tutaj kiepsko. Naszym polskim, łamanym szkolnym rosyjskim i podłapanym ukraińskim tutaj NIE NADA – dosłownie jakbyśmy wjechali do innego kraju. Byłam już w różnych częściach Ukrainy, ale tutaj jakby mieli jakiś inny dialekt – prawie nic nie rozumiem.

Zasypiamy… za naszym namiotem ktoś gra na gitarce, jest klimat… ale UWAGA, UWAGA: kto zgadnie ?

Pasażerski ? Expres ? czy towarowy ?
Bo nie powiedziałam jeszcze najważniejszego 😉

Przed rozłożeniem namiotu, nie mieliśmy okazji usłyszeć, ale zaraz potem wiedzieliśmy już, że mniej więcej w odstępie 0,5 h po drugiej stronie drogi, po torach przemykają pociągi.
Rumor taki, że w zasadzie moglibyśmy spać na peronie na dworcu – wrażenia byłyby zapewne takie same 😉

Powiem więcej… ta hardcorowa toaleta jest mniej więcej na wysokości tych torów kolejowych, na podwyższeniu.
I niestety byłam zmuszona z niej skorzystać, po ciemku, z latarką… i nagle nadjechał pociąg – bałam się czegoś chwycić, a trzęsło okropnie… śmiem stwierdzić, iż był to najbardziej ekstremalny moment podczas pobytu na Ukrainie 😉

Ale nie… nie mogę tak skończyć tego dnia… na pewno jest jakiś plus.
Mmmmm…. Ha- jest !
Jest cieplutko, pierwsza tak ciepła noc od naszego wyjazdu. Dziś chyba śpię bez śpiwora.

 

← DZIEŃ 4          DZIEŃ 6 →

2 Comments

  1. ”wyrzuciłam go w pizdu…” hahaha:)
    Mooni czy to nie taka sama odległość jak rzuciła byś nim w ch**? . Jak tak to daleko nim ciepłaś;):)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2019 MotoBlond

Theme by Anders NorenUp ↑