DZIEŃ 5

← DZIEŃ 4          DZIEŃ 6 →

Ruszamy dzisiaj bez bagażu – na mała przejażdżkę z atrakcjami. A wśród nich:

  1. PROM
  2. jazda po nowej pięknej drodze parku Valbones
  3. ciut szutrowej drogi i przejazd na stronę Czarnogóry
  4. powrót z Czarnogóry słynną trasą SH20 – ponoć piękną… tak słyszałam… 😉

 

Jest to chyba jedyny dzień kiedy wyjeżdżamy wcześniej , ale tylko dlatego, że trzeba zdążyć na PROM – także w drogę:

Przyjeżdżamy praktycznie na ostatnią chwilę, tak przynajmniej nam się wydaje widząc to co się dzieje przed wjazdem na prom – istny bandżaj.

Wszyscy się pchają, straszna kolejka, ale nas obsługa promu łapie  jeszcze w tunelu i  przeciska na wjazd na prom – jak się okazuje jesteśmy idealnym doładunkiem na zapchanie niewielkich pustych przestrzeni tuż przed odpłynięciem promu.

Odpływamy – uff… wyskakujemy  z motocyklowych ciuchów, chwila relaksu…. piękne widoki… jak zwykle kupa śmiechu.

Nasze koszulki wywołują bardzo pozytywne emocje wśród Albańczyków – zaczepiają nas i zadają pytania – pomysł Ani i Janka, aby napisy zrobić po albańsku był strzałem w dziesiątkę  

Ale przyznam szczerze, że fajnie było przez pierwszą godzinę – potem… ile można płynąć… nic się nie dzieje… a czas podróży to 3 h…

Niestety nasze uśmiechnięte buzie straciły też nieco blasku, kiedy przyszło do płacenia 😉 Negocjacje kiedy już nie możesz się wycofać generalnie są na straconej pozycji, także UWAGA:

3 bike ( z 2 os.):  30 EUR x 3 = 90 EUR
3 bike ( z 1 os.):  25 EUR x 3 = 75 EUR

Ubożsi o 165 EUR… opuszczamy ten wehikuł i w drogę 🙂

P.S. Zastanawiam się do dnia dzisiejszego, czy Janek kiedykolwiek ma takie myśli, które przykleiłam mu na zdjęciu 😉 Bardziej opanowanej osoby podczas tej podróży nie było, więc albo się dobrze kryje, albo był z nami za krótko 😉

Przed nami piękna nowo położona droga przez dolinę VALBONY, w zasadzie prowadzi donikąd, bo droga w pewnym momencie się kończy, ale na przejażdżkę idealna.

Nawet miejsce na kawę znajdujemy idealne. Basia z Karsonem rozkładają bufet   i tu muszę zaznaczyć, że dobrze mieć przy sobie kogoś, kto nie umie żyć bez kawy i kto zawsze ma wszystko pod ręką – bo wszyscy na tym korzystamy 😉

Do tematu posiadania wszystkiego przez Basię i Karsona jeszcze wrócimy 😉 

I chociaż woda była tak zimna, że aż parzyła i przy tych prawie 40°C  była wyzwaniem  to była też i zbawieniem.

← Co niektórzy nieśmiało zabierali się do tej kąpieli, ale śliskie kamienie pomogły – prawda Dziun ?  😉

Potem to już ciężko było wyciągnąć kogoś z wody 😉

Nie byłoby jednak zabawy, gdyby nie było wyzwania, ale w tamtej chwili nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy 😉

Artek wymyślił zjechanie z głównej drogi w  szutrowy przejazd do Czarnogóry, skąd potem słynną drogą SH20  planowaliśmy wrócić na nasz camping. Google maps pokazuje, że jest tam przejazd przez granicę – czyli wnioskując droga również powinna być przejezdna bez większych problemów.

Jeszcze chwila uzgodnienia, czy na pewno wszyscy są zdecydowani aby jechać tą drogą  i ruszamy.

Jedzie się SUPER – nawet bar na trasie mamy 😉
Także chwila odpoczynku, zmoczenie się pod szlauchem z wodą, coś do picia  i dalej w drogę. 

Od lokalesów dowiadujemy się się, że granica jest, ale bardzo długo trzeba jechać… hmmm ? Nawigacja pokazywała nam w sumie, że jeszcze niecała godzinka – ale to może  jest właśnie długo. Zbieramy się wobec tego i dalej w drogę.

Pojawia się jednak problem, ponieważ wg nawigacji powinniśmy przekraczać  granicę już teraz, natomiast tutaj cicho i głucho w tym zakresie.

Artur postanawia ruszyć na poszukiwania jedynej właściwej drogi i niestety dłuuugo nie wraca, a pojechał sam… słyszeliśmy też w oddali klakson… i miałam obawy, że gdzieś utknął i potrzebuje pomocy.

Razem z Jankiem pobiegliśmy w kierunku skąd dochodził dźwięk… góry mają jednak to do siebie, że dźwięk się się odbija –  przemierzyliśmy kawał drogi – na darmo…

Na szczęście Artur się w końcu pojawia, a klakson był obwieszczeniem odkrycia granicy…

Gdybyśmy wcześniej sprawdzili na mapie jak wygląda ta granica, prawdopodobnie tutaj byśmy się nie znaleźli  😉

Przejściem granicznym z Montenegro okazał się kamień… a potem…

 …a potem przez jakąś łąkę idącą stromo w dół dojechaliśmy do drogi… która faktycznie miejscami  była drogą, natomiast znaczną jej część wyżłobiła woda spływająca z gór tworząc głębokie rowy, przecinające drogę.

Łatwo nie było… nie będę ukrywać… te 30 km zajęło nam ponad 4 h – chociaż google maps mocno optymistycznie pokazywało nam 1,5 h 😉

Generalnie rzecz biorąc to google maps ma wesołą mentalność  😉 

Muszę się też przyznać, że moje EGO na tym odcinku poszło się trzaskać. Od dzisiejszego dnia moje motto to
                                                                                                      OSZCZĘDZAJ SIŁY !!! 

Oj jeszcze wiele razy podczas tej podróży się o tym przekonam… ale tak – ten moment był mi potrzebny.

Moja wycieczka razem z Jankiem w poszukiwaniu Artura odbiła się mocno kondycyjnie… a jak kondycha siada to i Twoja głowa mówi nagle  Miejscami po prostu się bałam i jak normalnie spinasz poślady, robisz wdech, wspomagasz się soczystym SŁOWEM i jedziesz dalej, tak tym razem były miejsca gdzie prosiłam Artura o pomoc.
Po tym fakcie miałam poczucie porażki  
i chociaż wiem, że to nic takiego, jakoś nie umiałam się z tym pogodzić… głupie co ?

 

No dobra… ale co będzie na granicy – w końcu ostatni zapis naszej obecności w systemie to  Albania…
…hmmm… mogą być problemy…

Na szczęście zarówno po stronie Montenegro jak i albańskiej  panowie celnicy z okienka mieli na stanie tylko zeszyty, długopisy, zszywacz i dziurkacz –  komputera brak 🙂

Tym oto sposobem bez zbędnych pytań znaleźliśmy się na SH20 – wszyscy się nią zachwycają, ja natomiast mam na jej temat zdecydowanie mieszane uczucia… Ciemno tam jak cholera… 😉

Całą SH20 przejechaliśmy zupełnie po ciemku, zabrakło nam dnia 😉 Żaden to w zasadzie wyczyn… ale przejechać SH20 po ciemku i bez świateł – to już coś 😉 Elektrownia z MATIZA, którą przypomnę KARSON przez cały czas wozi w kufrze nie wystarczyła na cały dzień. Na oparach elektryki… udaje się na szczęście dojechać na camping 😉

 

← DZIEŃ 4          DZIEŃ 6 →

3 Comments

  1. Ja tu widzę jakiś fotomontaż, na jednym ze zdjęć widać, jakobym ja osobiście składał się moją Super Tenerą niczym rasowy biker.
    To nie jest prawda, to tylko perspektywa zrobiła robotę.
    Co do mojego rzekomego poślizgnięcia się… to prawda, chciałem tylko zamoczyć stopę.
    Wyszło jak zwykle. 😀

  2. Ze zdjęć wnioskuję że droga przez Qafe Vranice nadaje się tylko na jednoślad. Czy jest szansa że przejedzie tam seryjna terenówka?

    • Monika

      Czerwiec 18, 2018 at 7:46 am

      Obawiam się, że terenówką droga nie do przejazdu / no ja bym się tam terenówką nie zapuściła.
      Momentami było naprawdę ciężko, wąsko z dużymi uskokami poziomowymi na „drodze” i jak motocykl wybierze sobie jeszcze ślad, tak na terenówkę będzie brakować miejsca do przejazdu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2019 MotoBlond

Theme by Anders NorenUp ↑