ALBANIA. Zachwycające góry… można się zagapić… i… zaliczyć pierwszy szlif…
Dzień rozpoczęliśmy od kawy na plaży, zamiast gazety do kawy była mapa, jednak co papier to papier 😉
Na dzień dobry zaplanowaliśmy Klasztor Św. Nauma, który był w zasadzie rzut beretem od naszego campingu i na dzień dobry jak tylko do niego dotarliśmy postanowiliśmy zmienić plany. To już normalnie lenistwo… ale już spakowani ciągnęło nas w dalszą drogę. Wiemy jedno – jak tu się jeszcze kiedyś pojawimy będziemy mieli co robić 😉 Kilka fotek z dojścia do klasztoru – miejsce robi wrażenie, ale czasami tak jest, że zwiedzanie schodzi gdzieś na dalszy plan, kiedy masz poczucie, że przygodą jest droga.
Kierunek POGRADEC i granica z Albanią. Następnie Korcza i drogą SH75 – SH80 dotarliśmy do granicy z Grecją.
Droga idealna dla enduro, ale już nie długo, bowiem ciężki sprzęt buduje, szerokie płaskie drogi.
Odcinkami nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jechać, ponieważ miejscami droga była całkowicie zdjęta, ale chłopaki z koparek krzyczeli i pokazywali, że mamy jechać obok nich i tak po piachach, kamieniach i materiałach do budowy drogi docieraliśmy do drogi widocznej na mapie.
Na tej drodze muszę się przyznać zaliczyłam swój pierwszy upadek w ruchu drogowym. Otóż jechało się cudnie, góry, zakręty (co prawda dziurawe, ale to się wytnie), bez słowa, pożerając wzrokiem widoki i ten klimat…
Zakręty połykałam ciesząc się jak dziecko, że idę jak burza ( oczywiście z mojej perspektywy 😉 ) -> Już dawno nie jechało nic z przeciwka -> Zakręt 180°, w prawo ostro w dół -> wymyśliłam sobie, że teraz będzie jeszcze lepiej i nagle…
przede mną z przeciwka pojawił się bus -> niestety nie było już szans aby się zmieścić i aby nie uderzyć w busa położyłam moto. Prędkość nie była duża, ale trochę po betonie przejechałam. Straty: kurtka i spodnie na biodrze przetarte, kolejny siniak, tym razem na ręku, ułamany migacz i mój kufer… CHOLERA – miałam taki ładny kufer…
Chłopaki z busa szybko wyskoczyli i pomogli mi pozbierać moto, także zanim Artur zorientował się co się stało, już praktycznie byłam gotowa do dalszej drogi…
Do tej pory śmiejemy się z Arturem, że w zasadzie każde moje przewrócenie motka praktycznie nie wymaga jego ingerencji, bo jak tylko usłyszy w kasku: „CHOLERA LEŻĘ” i obraca się do tyłu – zawsze jestem już pozbierana…
Wracając do zdarzenia -> Kierowca busa częstował mnie wodą, kilka razy pytał czy wszystko Ok. Chłopaki z busa przejęci: myślę, że musiało to wyglądać dość widowiskowo…
pytanie od Artura -> ” NAKRĘCIŁAŚ TO?” – oczywiście kamerę wyłączyłam 10 min. wcześniej…
Wiadomo – w terenie upadki się zdarzają i tutaj jakby nie ma dyskusji, bo nie zawsze wychodzi… technikę pokonywania trudności zdobywa się w miarę napotkanych sytuacji i tak do tego podchodzę, ale na drodze… powiem Wam, że dało mi to dość mocno do myślenia… Szczerze, to był taki klasyczny przykład przyszarżowania -> wiedziałam, że to była moja wina i dokładnie wiem dlaczego tak się stało, ale mimo wszystko przy każdym zakręcie 180° tylko w opcji prawo, w dół – nie potrafiłam się już tego dnia przełamać. Oczywiście bez skrajności, ale to już nie było to.
To mi dało do głowy bardziej, niż moment kiedy na trasalpinie zamiast 1-edynki wrzucił mi się luz przy mocno stromym podjeździe 180° w lewo do góry, gdzie obok była przepaść.
No nic… takie tam przemyślenia… tak jak uwielbiałam ciasne zakręty, tak na chwilę ich dopracowywanie odkładam na później 😉
Jedziemy dalej, góry w Albanii przepiękne i groźne zarazem. Niejednokrotnie zapierało nam dech w piersiach, tym bardziej, iż wokół szalała burza i co chwilę wręcz obrazkowo pomiędzy skałami pojawiały się błyskawice i grzmiały pioruny.
Na granicy z Grecją oberwanie chmury, zmokliśmy okrutnie -> praktycznie cały odcinek w Grecji przejechaliśmy w takiej ulewie. Przejaśnienie dopiero przed granicą z Albanią. Po Greckiej stronie drogi szybkie, wyasfaltowane, po przekroczeniu granicy z Albanią warunki drogowe znowu ulegają zmianie, ale już na spokojnie obieramy kierunek SARANDE i docieramy do naszego punktu docelowego.
Tutaj spędzimy następne 4 noce 🙂
Ksamil Caravan Camping
39°46’41.2″N 20°00’21.5″E
Trafiliśmy tu zupełnie przez przypadek, zmęczeni po całym dniu pełnym wrażeń zostaliśmy przez właścicielkę poczęstowani mrożoną kawą i cukierkami, a uwierzcie tak pysznej mrożonej kawy nie piłam nigdy.
Pierwsze wrażenie – jak tu ciasno… ale klimat tak przyjazny, że chciało się zostać.
Ustaliliśmy cenę. Wyjściowa cena to 7 EUR/ 2os. za 1 noc
Zostając na 4 noce dostaliśmy cenę 5 EUR/2os. za 1 noc
Jesteśmy w totalnym szoku. Całkowity koszt pobytu tutaj za 4 noce to na naszą dwójkę 28 EUR.
Fajna relacja, bez upiększania i lukrowania.
Nie wszyscy motocykliści potrafią tak pisać, robić filmy ze swoich podróży.
Brawo Monika, brawo Artur !